niedziela, 13 listopada 2016

Makeup Triss (wersja demo), czyli przygotowania do cosplayu

W najbliższym czasie planuje zrobić cosplay Triss z Wiedźmina (taka tam zabawa z chłopakiem w ramach wizyty na konwencie). Postanowiłam więc, że zanim cokolwiek uszyje, to sprawdzę, czy jest sens cosplayu, jeśli moja twarz będzie zupełnie inna niż postaci (co, jak co, ale nosa Triss będę zazdrościć, nawet jeśli wiem, że ona nie istnieje!) Tak więc wstałam sobie troszkę wcześniej pewnego dnia i zanim poszłam do szkoły (technikum gdzie 99% populacji to faceci zdecydowanie wydało mi się dobrym miejscem na testy tej postaci), pomalowałam się i postało coś takiego:


Na tym zdjęciu jestem jeszcze strasznie zaspana i mam głupia minę (z resztą jak na każdym, które pojawia się na blogu... Przypadek? Nie sondzem!). Ale brakowało mi jeszcze brzoskwiniowych ust Triss i zielonych oczu (kolor włosów tu przemilczmy. One będę rude do cosplayu, ale nie chciało mi się bawić w szamponetkę z dnia na dzień). Pojechałam więc do hebe (po drodze do szkoły). I powstało coś takiego :D


Usta mają nadal, nie ten sam kolor co u Triss, ale ten szczegół dopracuje. Tak samo jak metodę robienia piegów, aby te wyszły bardziej naturalnie. Jak tylko będę miała już lepsze efekty na pewno pojawią się zdjęcia w lepszej jakości. Jak na razie to co zrobiłam dało efekt i ludzie się na mnie patrzyli, a koleżanka z klasy nawet skojarzyła z jakiej gry postać przypominam.

Demo tego makijażu dało mi kilka wniosków. Muszę poprawić wygląd piegów, zainwestować w wosk do brwi (te Triss są bardziej proste i zdecydowanie mniejsze ilościowo!). Zrobić bardziej rude włosy i brwi (do szkoły postanowiłam zrobić brwi, które jednak kolorystycznie będą mi pasować do włosów.. :D) Znaleźć szminkę, która da mi odpowiedni kolor ust, oraz popracować nad konturowaniem twarzy! :D

A na sam koniec zdjęcie Triss dla porównania postaci 



A wy jakie macie uwagi co do makeupu? Co powinnam jeszcze poprawić waszym zdaniem?

  Kasia       








czwartek, 3 listopada 2016

Jak siostra potraktowała mnie kwasem- czyli kwas glikolowy

Podobno jesień jest sezonem na kwasy (ze względu na małą ilość promieniowania uv). W moim przypadku piwniczno/szkolnego życia mogłabym robić je cały rok bo i tak promieni uv unikam jak ognia. W związku z tym moja kochana siostrzyczka rozpoczęła na mnie zabiegi kwasami. Na pierwszy ogień poszedł na mnie kwas glikolowy (niestety nie wiem jakie stężenie, ale powiem wam następnym razem!).

Dlaczego akurat ten kwas? Bo moja cera jest przesuszona jak wiór. Mimo kremowania, prób masażu szczotką do twarzy i innych czynności do ratowania jej chodziłam łuszcząc się jak wąż ostatnimi czasy (szczególnie w okolicach brwi i nosa). Moja cera mieszana definitywnie nie lubi chłodu (ja sama wolę też ciepełko). Zabieg kwasem miał więc za zadanie ją złuszczyć (w zasadzie to rozpuścić. Ale to brzmi dość strasznie, że poszłam rozpuścić sobie naskórek u siostry).

Jak wyglądał cały zabieg? Zaczęło się od porządnego demakijażu. Cera musi być czyściutka, więc gdy wybieracie się na kwas lepiej się nie malować. I tak wyjdziecie golutkie na twarzy i nie będziecie mogły pomalować jej po zabiegu. Następnie na twarz nakładany jest środek, który za zadanie ma przygotować naszą twarz do właściwego potraktowania jej kwasem. W tym czasie możemy czuć lekkie pieczenie i mrowienie, szczególnie, jeśli na twarzy mamy jakąś rankę (np rozdrapanego strupka). Po tym na twarz nakładany jest kwas. I tu mam złą wiadomość dla ludzi o słabym progu bólu i cerze delikatnej. Jeśli wcześniejszy środek piekł was na buźce, to teraz nie będzie lepiej. Kwas na twarzy boli. Zdecydowanie. Nie jest to jakiś niewyobrażalny ból i idzie się przyzwyczaić do pieczenia, ale przy pierwszym razie delikatna cera to na pewno poczuje. Tak z nałożonym kwasem na partię twarzy (która została podzielona na trzy obszary) leżałam sobie dwie minutki. Jest to czas bardzo krótki, ale jak na początek był ok. Dłużej bym chyba z resztą nie wytrzymała, tym bardziej, że miałam na twarzy sporo rozwalonej skóry. I tak partia po partii. Twarz następnie zmywana jest specjalnym neutralizatorem i musi być to wykonane niezwykle dokładnie (dlatego najlepiej oddać się w ręce kogoś obytego z kwasami, bądź specjalisty). Dokładność jest tu ważna, ponieważ pozostawiony na twarzy kwas dosłownie wam ją wypali. Może na niej powstać oparzenie nawet 3 stopnia! Mimo to nie jest to zabieg niebezpieczny. Wystarczy odrobina dokładności. Neutralizator jest nam następnie ścierany i zmywany z buźki. I teraz wyciszamy twarz maską, bądź kremem głęboko nawilżającym. W moim przypadku nałożony był tylko krem, który bardzo zabawnie reagował na twarz po zabiegu. Ścinał się i rozpływał. Podobno spowodowane jest to temperaturą twarzy, która po kwasie jest bardziej rozgrzana.

I tak oto wyszłam z czerwoną mordką świecącą się od kremu na ulicę i przyciągałam wzrok ludzi...

I minęły dwa dni.

A jak czuje efekty? Jest lepiej. Zdecydowanie. Podkład wygląda na mojej twarzy dużo lepiej. Skóra stała się bardziej gładka. Moje powiększone pory zdecydowanie też zmalały. Już nie mam nosa w takie kropki jak wcześniej. Liczę na to, że za kilka zabiegów zupełnie go nie poznam. Przebarwienia z twarzy niestety jeszcze nie poznikały. Ale powoli. To dopiero pierwszy raz...

Jedyny minus jaki przyuważyłam to przetłuszczanie się strefy T, ale w sumie to normalka mojej skóry jak tylko nie jest wysuszonym wiórem.

Niestety nie mam zdjęć przed i po, bo brawo ja ich nie zrobiło... Ale następnym razem postaram się zrobić zdjęcia zaraz przed i zaraz po zabiegu. Wtedy sama będę mogła porównać jak zmienia się moja cera.